[VIDEO] Zepsuty i okradziony ciągnik wart 600 tysięcy odzyskali rolnicy spod Słupska z warszawskiego parkingu BGŻ BNP PARIBAS. Drugi ciągnik i ładowarkę już wywieźli ze stolicy. Pomoc udręczonym rolnikom zaoferował Jarosław Kaczyński!
Prezes Prawa i Sprawiedliwości błyskawicznie zareagował na opisany przez nas skandal dotyczący maszyn rolniczych skonfiskowanych przez BGŻ BNP PARIBAS. Dokumenty całej tej wstrząsającej historii będą przekazane do Ministra Sprawiedliwości, Prokuratura Generalnego Zbigniewa Ziobry celem gruntownej kontroli.
O upodlonych rolnikach z polskiej grupy producenckiej piszemy od wielu tygodni. Wczoraj po raz kolejny przyjechali do Warszawy, bo minęło 10 dni od spłaty przez nich 200 000 zł czyli całej zaległości za maszyny rolnicze. A BGŻ BNP PARIBAS mając na swoim koncie ich pieniądze, kolejny dzień odmawiał wydania im sprzętu!
- My powinniśmy już tymi dwoma traktorami jeździć po polach. A ładowarka powinna wykonywać swoje prace na terenie gospodarstw. Tymczasem banku to w ogóle nie interesuje i sprzętu nie wydaje - mówił rano w wywiadzie dla naszej stacji Telewizja.Patriot24.net Cezary Przeździęk, Prezes Spółki Walter spod Słupska.
Pod centralą tego banku w Warszawie zrobiło się wczoraj zamieszanie, bo tym razem nasza telewizja nie dostała już zgody na wjazd na bankowy parking. Według informacji uzyskanej na portierni zakaz wydała dyrekcja banku. Dlatego musieliśmy odsunąć się na teren publicznego chodnika by przeprowadzić ten wywiad. Całość z okien obserwowało wielu pracowników tego banku.
Godzinę później nastąpił przełom. Szefowie parkingu otrzymali telefoniczną zgodę BGŻ BNP PARIBAS na wydanie rolnikom pojazdów. Mniejszy traktor i ładowarka trafiły na lawetę i wyruszyły już na Kaszuby. Ale najdroższego, wartego 600 tysięcy ciągnika amerykańskiej firmy John Deere nie udało się odpalić.
Serwisanci, poprzez systemy satelitarne, próbowali uruchomić systemy elektroniczne ciągnika. Ale nie udało się to, ponieważ ktoś próbował 41 razy odpalić go bez właściwych urządzeń startowych, co doprowadziło do automatycznej blokady maszyny!
- Ten sprzęt został okradziony z akumulatora i został uszkodzony m.in. poprzez odkręcenie wału - zgłosił Piotr Wicki, kolejny obecny na mijscu rolnik funkcjonariuszom warszawskiej policji, którzy radiowozem przyjechali po uzyskaniu zgłoszenia o możliwości popełnienia przez bank przestępstwa.
Dziś na ulicę Torową w Warszawie zjechać muszą profesjonalni serwisanci firmy John Deere. Bo istnieje podejrzenie, że została również poprzez szarpanie na holu zniszczona automatyczna skrzynia biegów.
Całą sprawą zainteresował się Prezes Prawa i Sprawiedliwości Jarosław Kaczyński, do którego zwróciliśmy się z prośbą o interwencje w sprawie bezradności polskich rolników w relacji z BGŻ BNP PARIBAS. O sprawie pisaliśmy w artykule:
Przypomnijmy, że rolnikom naliczono gigantyczne odsetki, gigantyczne kary i opłaty m.in. za parking w Warszawie mimo, że maszyny były w 80 procentach już spłacone.
- System jest bardzo podstępny. Przez pierwsze lata bank bardzo łagodnie podchodzi do możliwych problemów pojawiających się przy spłatach. A kiedy sprzęt jest już w dużej części spłacony to odczuwamy, że chcą nam go zabrać by na licytacji sprzedać komuś innemu za marne pieniądze. Czujemy, że nasz sprzęt był właśnie przygotowany do takiej sprzedaży. A dzięki naszemu uporowi, pożyczonym pieniądzom i pomocy Patriot24.net udało nam się to zakończyć i odzyskać maszyny nawet bez dokumentów, bank ich nam wciąż nie wydał - mówią rolnicy.
Piotr Wicki zapowiedział już, że przygotuje pełną, profesjonalną dokumentację dla Prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego i Ministra Sprawiedliwości i Prokuratura Generalnego Zbigniewa Ziobro. Bo jego zdaniem problem dotyczy tysięcy rolników w Polsce, a nagłośnienie tego koszmaru bankowego i jego rozwiązanie może uchronić rolników m.in. przed samobójstwami.
- W Polsce lichwa jest zabroniona. A wpędzanie ludzi w długi tak jak nas jest niczym innym jak omijaniem prawa i tworzeniem lichwy - dodają rolnicy.
Wszelkie nowe informacje na ten skandaliczny temat będziemy przekazywać na bieżąco również poprzez naszego FACEBOOKA i naszą stację Telewizja.Patriot24.net
Radom i Warszawa dzieli niewielka odległość, ale w tej sprawie widać przede wszystkim dystans między działaniami instytucji, które formalnie pracują, lecz faktycznie nie spotykają się w jednym punkcie. Z materiałów analizowanych przez redakcję wyłania się obraz czynności prowadzonych równolegle, bez realnej synchronizacji, co w sprawie dotyczącej dziecka ma znaczenie kluczowe — bo tu liczy się nie dokument, tylko czas.
Konflikt to zjawisko naturalne — pojawia się wszędzie tam, gdzie ścierają się interesy, emocje i różne interpretacje rzeczywistości. Jednak są sytuacje, w których przestaje być tylko sporem, a zaczyna oddziaływać na znacznie szersze otoczenie.
Sprawa Kamili oraz jej czteroletniej córki staje się kolejnym przykładem sytuacji, w której pojawia się pytanie o rzeczywistą skuteczność systemu ochrony dzieci w Europie.
Sprawa Kamili oraz jej czteroletniej córki staje się kolejnym przykładem sytuacji, w której pojawia się pytanie o rzeczywistą skuteczność systemu ochrony dzieci w Europie.
Kolejna próba wykonania postanowienia sądu dotyczącego wydania dziecka zakończyła się niepowodzeniem. Do zdarzenia doszło w Radomiu, gdzie pod nadzorem kuratorów podejmowano czynności związane z realizacją orzeczenia wydanego przez Sąd Rejonowy w Żyrardowie. Na miejscu obecni byli również funkcjonariusze policji. Mimo zaangażowania służb i formalnej podstawy prawnej wynikającej z decyzji sądu, czynność nie doprowadziła do wykonania orzeczenia.
Przez wiele miesięcy Biuro Rutkowski, Telewizja Patriot24.net i NaszaWielkopolska.pl śledziły dramatyczną walkę pani Adrianny o odzyskanie córki uprowadzonej przez ojca wbrew sądowym nakazom. W tym czasie dziadkowie dziewczynki podejmowali różne formy protestu – pikiety pod sądem, apele pod Sejmem i kilkukrotne głodówki dziadka, który, choć czasem je przerywał, nigdy nie tracił nadziei na powrót wnuczki do matki. Jednym z najbardziej bolesnych momentów były urodziny, które dziewczynka mogła spędzić z mamą jedynie przez ekran telefonu.
Przez wiele miesięcy Biuro Rutkowski, Telewizja Patriot24.net i NaszaWielkopolska.pl śledziły dramatyczną walkę pani Adrianny o odzyskanie córki uprowadzonej przez ojca wbrew sądowym nakazom. W tym czasie dziadkowie dziewczynki podejmowali różne formy protestu – pikiety pod sądem, apele pod Sejmem i kilkukrotne głodówki dziadka, który, choć czasem je przerywał, nigdy nie tracił nadziei na powrót wnuczki do matki. Jednym z najbardziej bolesnych momentów były urodziny, które dziewczynka mogła spędzić z mamą jedynie przez ekran telefonu.
Przez wiele miesięcy Biuro Rutkowski, Telewizja Patriot24.net i NaszaWielkopolska.pl śledziły dramatyczną walkę pani Adrianny o odzyskanie córki uprowadzonej przez ojca wbrew sądowym nakazom. W tym czasie dziadkowie dziewczynki podejmowali różne formy protestu – pikiety pod sądem, apele pod Sejmem i kilkukrotne głodówki dziadka, który, choć czasem je przerywał, nigdy nie tracił nadziei na powrót wnuczki do matki. Jednym z najbardziej bolesnych momentów były urodziny, które dziewczynka mogła spędzić z mamą jedynie przez ekran telefonu.
Czy w Polsce można zostać poważnie rannym podczas policyjnej interwencji za brak świateł i pasów? Tak twierdzi Pan Marcin , który po próbie zatrzymania przez policjantów z Łęcznej trafił do szpitala z wieloodłamowym złamaniem nogi. Mężczyzna był trzeźwy, co potwierdza wynik badania alkomatem. Twierdzi, że został pobity już po zatrzymaniu, a świadkiem całej sytuacji był jego syn. Sprawa została zgłoszona do Biura Spraw Wewnętrznych Policji w Lublinie. Dokumentacja lekarska nie pozostawia wątpliwości – urazy są poważne.
Czy w Polsce można zostać poważnie rannym podczas policyjnej interwencji za brak świateł i pasów? Tak twierdzi Pan Marcin , który po próbie zatrzymania przez policjantów z Łęcznej trafił do szpitala z wieloodłamowym złamaniem nogi. Mężczyzna był trzeźwy, co potwierdza wynik badania alkomatem. Twierdzi, że został pobity już po zatrzymaniu, a świadkiem całej sytuacji był jego syn. Sprawa została zgłoszona do Biura Spraw Wewnętrznych Policji w Lublinie. Dokumentacja lekarska nie pozostawia wątpliwości – urazy są poważne.